Tego startu miało nie być. Po wrześniowym półmaratonie postanowiłem, że w tym roku nie ruszam już “połówki”. Jednak tydzień temu, oglądając Maraton Warszawski, stwierdziłem, że też chcę pobiec zawody. Padło na Półmaraton Gdańsk.

PRZYGOTOWANIA

Tutaj przeczytasz, jak wyglądał mój trening we wrześniu. Przed biegiem wiedziałem, że muszę z szacunkiem podejść do tego biegu. Na spokojnie, nie szaleć na początku, bo w Gdańsku zawsze wieje i końcówka może być trudna.

To był zdecydowanie najdziwniejszy bieg, w jakim startowałem. Rzeczywistość covidowa jest dla mnie surrealistyczna – w tym roku w Półmaratonie Gdańskim startowało 750 osób, podzielonych na 3 grupy. Pierwsza startowała o 8:30, kolejna o 12:00, a ostatnia o 15:00.

Samopoczucie przedstartowe - 10/10

Samopoczucie przedstartowe – 10/10

Na liście startujących znalazłem jednego mocnego zawodnikaMaćka Kubiaka, który w zeszłym roku pobiegł w Gdańsku 1:08:50, a w zeszłym roku łamał już 31 minut na 10 kilometrów.

NO TO ZACZYNAMY 

Ruszam i … patrzę, że będzie to kameralne bieganie. Przede mną Maciek, z tyłu nikogo i myślę, na jaki wynik biegnie mój przeciwnik. Pierwszy kilometr – 3:15, drugi 3:10 – nie biegnie mi się komfortowo i postanawiam zostawić Maćka i biec swoim tempem.

Jest luźno. Wiem, że na półmaratonie mam problem z drugą częścią dystansu i biegnę spokojnie, cały czas kontrolując tempo. 5 km mijam w 16:15 – jest idealnie. 3:15/km, a ja czuję się, jakbym biegł II zakres.

Koło szóstego kilometra dochodzę lidera, który przez półtora kilometra próbuje biec za mną. Nie lubię prowadzić biegów, nie czuję się wtedy komfortowo i na jednym z wiaduktów urywam się, czego efektem jest szybszy kilometr – 3:12/km.

Co ciekawe, mam więcej kibiców-biegaczy, którzy również startują w biegu i gdy ich mijam krzyczą “DAWAJ FLOREK”, niż tych, którzy dopingują mnie, stojąc na chodnikach.

Co się dzieje z moją prawą dłonią?

Co się dzieje z moją prawą dłonią?

Powoli zbliżam się do mety, ale żeby nie było tak dobrze, czeka mnie drugie okrążenie. Połówkę dystansu mijam w 34:25, więc jest spora szansa na połamanie 69 minut, a tym bardziej na poprawienie życiówki z lutego.

Po kolejnej nawrotce liczę, ile kroków zrobiłem, aż nie spotkałem się z drugim zawodnikiem – wyszło, że 45, więc mam około 180 metrów przewagi – wiedza matematyczna na coś się przydaje!

KRYZYS

Zaczyna mi się coraz gorzej biec – każdy kolejny wiadukt “boli” coraz bardziej i nagle zaczyna mocniej wiać. Pewnie wiało cały czas tak samo, po prostu po 40 minutach wysiłku organizm zaczął się buntować i postanowił delikatnie zwolnić. Jednak “piątka” pokonana w 16:30 jest dobrym prognostykiem – biegnę na wynik delikatnie powyżej 1:09, co bardzo mnie cieszy.

Zostało jeszcze 6 kilometrów. W idealnym świecie pokonałbym je w 19 minut (po 3:10/km) i miał nową życiówkę. Było dużo trudniej.

Samotny bieg od 6 km

Samotny bieg od 6 km

Problemy zaczęły się, gdy przestałem patrzeć na zegarek. Zwyczajnie nie miałem już sił, żeby kontrolować tempo, a jedyne czego chciałem to dobiec do mety. Ale zanim to zrobiłem czekała mnie ściana wiatru i trzy wiatukty.

Tempo biegu spadło dramatycznie – 3:30, 3:29, 3:29 to czasy ostatnich trzech kilometrów. Cieszyłem się już tylko faktem, że jeszcze kilka minut cierpienia i wreszcie przekroczę linię mety.

Na finiszu powalczyłem jeszcze o rozmienienie 70 minut i ostatecznie zegarek pokazał 1:09:56, co jest drugim wynikiem w półmaratonie – tylko w Wiązownie, w lutym tego roku biegałem szybciej – 1:09:30.

Za linią mety stała niezastąpiona Magda z rzeczami do przebrania się i wodą – nie wiem, jak u Was, ale ja bardzo potrzebuję mieć kogoś ze sobą na starcie i nie lubię samotnych biegów!

Piękny zachód słońca podczas dekoracji

Piękny zachód słońca podczas dekoracji

Chwilę po starcie porozmawiałem z Maćkiem Kubiakiem, który tydzień temu wbiegał na Kasprowy Wierzch, biegał również w Mistrzostwach Polski na 10 000 metrów w Karpaczu i dzisiejszym startem kończył sezon. A u mnie zupełnie odwrotnie – szybkie bieganie dopiero się zaczyna.

Trzeba było jeszcze poczekać na wyniki drugiej i trzeciej serii, gdzie, na moje szczęście, nie patrzy lepsze wyniki niż mój i ostatecznie zostałem zwycięzcą gdańskiego biegu! Pierwszy raz wygrałem półmaraton!

Wszystkie ciekawostki i poszczególnie kilometry znajdziecie na moim profilu na Stravie

Poszczególne kilometry

NAGRODY

Wiem, że wielu z Was to interesuje, mnie zresztą też, co dostałem za wygraną. W zeszłym roku była całkiem dobra kasa – 2000 złotych za I miejsce. W tym roku dostałem zegarek Garmin Vivoactive 3 oraz voucher na zakup butów marki Hoka One One. Wpisowe za bieg kosztowało 200 złotych.

CO DALEJ

Nie będę ukrywał – ten start to tylko przystanek do celu, którym jest mocny bieg na 10 kilometrów w listopadzie, najprawdopodobniej w Goleniowie, gdzie odbędą się Mistrzostwa Polski. Teraz już czas na konkretny trening, po drodze może pojawią się starty. Ważnym elementem będzie dojście do wagi startowej – obecnie ważę 73,5 kg, a chciałbym te 2 kilogramy zgubić.

Po biegu nie mogło zabraknąć pizzy